
Czy Hipokrates zawitał kiedyś do Kętrzyna?
Ma 87 lat.
Przeżyła prawie całe ludzkie życie. Zapewne niejedno widziała, niejedno przetrwała, niejednego człowieka żegnała i niejednemu sama podawała rękę, kiedy jej potrzebował.
Dziś to ona potrzebuje pomocy.
Leży w szpitalnym łóżku na oddziale chorób wewnętrznych w Kętrzynie.
Jest chora. Słaba. Zależna od innych.
W szpitalu — miejscu, do którego człowiek powinien trafiać z przekonaniem, że ktoś nad nim czuwa.
Jest noc.
Starsza kobieta potrzebuje pomocy.
Wyciąga rękę.
Nie ma jednak przycisku, który dawałby jej pewność, że ktoś przyjdzie.
Więc uderza dłonią w ramę łóżka.
Raz.
Drugi.
Kolejny.
Może ktoś usłyszy.
Może ktoś przyjdzie.
Może ktoś zauważy, że za ścianą nie leży „pacjentka z interny”, lecz czyjaś mama. Czyjaś babcia. Człowiek.
Ale pomoc nie nadchodzi tak, jak powinna.
Jest około 4:30 nad ranem.
87-letnia kobieta bierze do ręki własny telefon.
Drżącymi palcami wybiera numer do rodziny.
Nie dzwoni, żeby powiedzieć „dzień dobry”.
Nie dzwoni, bo nie może zasnąć.
Nie chce nikogo budzić.
Mówi tylko:
„Zadzwońcie do pielęgniarek. Powiedzcie, że potrzebuję pomocy”.
Spróbujmy zatrzymać się przy tym jednym zdaniu.
Starsza, chora kobieta leży w szpitalu i z własnego łóżka nie jest w stanie skutecznie wezwać pomocy.
Musi zadzwonić do swojej rodziny znajdującej się poza szpitalem, żeby rodzina zadzwoniła do ludzi będących kilka metrów od niej.
Czy można wyobrazić sobie większe poczucie bezradności?
Bo co czuje wtedy człowiek?
Strach?
Wstyd?
Upokorzenie?
A może po prostu rozpaczliwą myśl:
„Czy ktoś w ogóle do mnie przyjdzie?”
I co czuje rodzina, kiedy o wpół do piątej rano słyszy taki głos?
Serce zaczyna walić.
Człowiek siada na łóżku.
Przez głowę przelatują najgorsze scenariusze.
Bo jeśli bliska osoba dzwoni ze szpitala i prosi rodzinę, żeby ta wezwała do niej personel, to przestaje być zwykły telefon.
To staje się wołanie o pomoc.
„Nie śpię przez panią od kilku nocy”
Według relacji pacjentki miały paść również słowa, że przez jej prośby o pomoc jedna z osób z personelu „nie śpi już od kilku nocy”.
Trudno wyobrazić sobie bardziej bolesny komunikat skierowany do starszego, chorego człowieka.
Bo co ma pomyśleć 87-letnia kobieta?
Że jest ciężarem?
Że za często prosi?
Że za dużo wymaga?
Że może następnym razem lepiej zacisnąć zęby i nie wołać?
A przecież starszy człowiek często właśnie tak reaguje.
Nie chce przeszkadzać.
Nie chce „robić problemu”.
Nie chce nikogo denerwować.
Więc zaczyna cierpieć po cichu.
I właśnie dlatego takich słów nigdy nie powinien usłyszeć pacjent.
Człowiek nie powinien bać się nacisnąć dzwonka.
Nie powinien zastanawiać się, czy pielęgniarka będzie zła.
Nie powinien czuć się winny dlatego, że boli go ciało, potrzebuje wody, chce skorzystać z toalety albo po prostu boi się, że dzieje się z nim coś złego.
Szpital powinien być ostatnim miejscem, w którym człowiek musi przepraszać za to, że jest chory.
„Proszę zrobić w pieluchę”
Jest jeszcze jedna scena.
Może najbardziej upokarzająca ze wszystkich.
87-letnia kobieta potrzebuje skorzystać z toalety.
To jedna z najbardziej podstawowych ludzkich potrzeb.
Coś tak zwyczajnego, że zdrowy człowiek nawet się nad tym nie zastanawia.
Wstaje.
Idzie.
Zamyka drzwi.
Ma swoją prywatność.
Ale kiedy człowiek jest stary i chory, czasami nie może już zrobić tego sam.
Musi poprosić drugą osobę.
A to już samo w sobie bywa trudne.
Trzeba przełamać wstyd.
Przyznać:
„Nie dam rady sama. Proszę mi pomóc”.
Według relacji pacjentki odpowiedzią miało być nakłanianie jej, aby oddała stolec do pieluchomajtek.
Być może ktoś powie:
„Przecież to tylko pielucha”.
Nie.
To nie jest „tylko pielucha”.
Dla przytomnego człowieka, który całe życie sam decydował o sobie, może to być moment potężnego upokorzenia.
Moment, w którym starość po raz kolejny przypomina mu brutalnie:
już nie możesz sama.
Już zależysz od innych.
Już ktoś może zdecydować nawet o tym, w jaki sposób załatwisz najbardziej intymną potrzebę.
Oczywiście mogą istnieć względy medyczne, które uniemożliwiają bezpieczne zaprowadzenie pacjenta do toalety.
Jeżeli tak było — powinno to zostać jasno wykazane.
Ale jeśli nie było przeciwwskazań, a jedynym powodem była wygoda czy organizacja dyżuru, to nie mówimy już o drobnym niedopatrzeniu.
Mówimy o godności człowieka.
Bo pieluchomajtki mogą chronić chorego.
Ale nigdy nie powinny służyć do tego, żeby człowieka przestać traktować jak człowieka.
Pomyśl o swojej mamie
Na chwilę przestańmy mówić o „pacjentce”.
Pomyślmy inaczej.
To twoja mama.
Albo babcia.
Kobieta, która kiedyś prowadziła cię za rękę.
Która przynosiła herbatę, kiedy byłeś chory.
Która pytała, czy jesteś ciepło ubrany.
Która może przez całe życie martwiła się bardziej o innych niż o siebie.
Teraz ma 87 lat.
Leży w szpitalnym łóżku.
Jest słaba.
Nie może sama pójść do toalety.
Boli ją.
Boi się.
Uderza ręką w ramę łóżka, bo chce, żeby ktoś ją usłyszał.
A potem o 4:30 rano dzwoni do ciebie i mówi:
„Proszę, zadzwoń do nich. Ja potrzebuję pomocy”.
Co wtedy czujesz?
Bezsilność.
Wściekłość.
Strach.
I coś jeszcze.
Ogromny żal, że człowiek, którego kochasz, w miejscu mającym dawać bezpieczeństwo czuje się samotny.
Starość nie odbiera człowiekowi godności
87 lat to nie jest numer w dokumentacji.
To prawie dziewięć dekad życia.
Tysiące poranków.
Świąt.
Rozstań.
Narodzin.
Zmartwień.
Radości.
Ludzi kochanych i utraconych.
Człowiek nie przestaje mieć tej historii tylko dlatego, że założono mu szpitalną koszulę.
Nie przestaje być matką.
Babcią.
Żoną.
Przyjaciółką.
Nie staje się „łóżkiem numer pięć”.
Nie staje się „tą starszą panią”.
Nie staje się problemem do obsłużenia między jednym obowiązkiem a drugim.
Pozostaje człowiekiem.
I być może właśnie starzy ludzie potrzebują naszej delikatności najbardziej.
Bo mają mniej siły, żeby się upomnieć.
Mniej odwagi, żeby zaprotestować.
Częściej boją się, że jeśli powiedzą za dużo, będą później traktowani jeszcze gorzej.
Dlatego prawdziwą miarą człowieczeństwa nie jest to, jak traktujemy silnych.
Tylko jak traktujemy tych, którzy są od nas całkowicie zależni.
Czternaście milionów złotych
Kętrzyńska interna ma zostać zmodernizowana za około 14 milionów złotych.
To ogromne pieniądze.
Będą nowe pomieszczenia.
Nowe instalacje.
Nowoczesne rozwiązania.
Być może piękne ściany, nowe łóżka i wyposażenie.
I dobrze.
Tylko chciałoby się zapytać:
czy w tym wszystkim znajdzie się miejsce na zwykły dzwonek przy łóżku?
Taki, który starsza kobieta będzie mogła nacisnąć jedną ręką.
Bez uderzania w metalową ramę.
Bez krzyczenia.
Bez telefonu do córki czy innych bliskich.
Bez błagania rodziny, żeby zadzwoniła do dyżurki.
Bo czasami najważniejszym urządzeniem w szpitalu nie jest sprzęt za setki tysięcy złotych.
Czasami jest nim mały przycisk, który mówi choremu:
„Nie jesteś sam. Ktoś cię usłyszy”.
A gdzie jest Hipokrates?
Może więc tytułowe pytanie jest źle postawione.
Nie chodzi o to, czy Hipokrates kiedykolwiek zawitał do Kętrzyna.
Chodzi o to, czy w szpitalu pozostało coś z idei, którą przez wieki symbolizowała jego postać.
Bo medycyna nie zaczyna się od recepty.
Nie zaczyna się od kroplówki.
Nie zaczyna się od stetoskopu.
Zaczyna się od człowieka, który pochyla się nad drugim człowiekiem.
Czasami nie trzeba wielkiej wiedzy medycznej.
Trzeba podejść.
Poprawić poduszkę.
Podać rękę.
Zaprowadzić do toalety.
Powiedzieć:
„Proszę się nie bać. Jestem tutaj”.
Dla personelu to może być minuta.
Dla starego, przestraszonego człowieka może to być najważniejsza minuta całej nocy.
Rodzina, oddając bliską osobę do szpitala, oddaje w ręce obcych ludzi coś najcenniejszego.
Nie dokumentację.
Nie PESEL.
Nie kartę NFZ.
Oddaje człowieka, którego kocha.
I wierzy, że kiedy zamkną się za nim drzwi oddziału, ktoś poda mu wodę, kiedy będzie spragniony.
Ktoś przyjdzie, kiedy zawoła.
Ktoś pomoże mu wstać.
Ktoś zauważy ból.
Ktoś nie pozwoli mu zostać samemu ze strachem.
Bo właśnie po to jest szpital.
Nie tylko po to, żeby przedłużać życie.
Ale również po to, żeby chronić godność człowieka wtedy, kiedy jest on najbardziej bezbronny.
Czynienie niesprawiedliwości zawsze pozostawia ślad.
Osoba skrzywdzona może płakać.
Może cierpieć.
Może czuć upokorzenie.
Ale nadal może zachować swoją godność.
Znacznie więcej traci ten, kto patrząc na słabego człowieka, przestaje widzieć w nim człowieka.
Bo kiedy 87-letnia kobieta musi po nocy walić ręką w łóżko, żeby ktoś ją usłyszał, problemem nie jest już tylko brak dzwonka.
Problemem jest cisza po drugiej stronie.
A chyba nie ma smutniejszego obrazu szpitala niż stara kobieta leżąca nocą w obcym pokoju, która nie prosi już nawet o wiele.
Nie chce luksusu.
Nie chce specjalnego traktowania.
Nie chce, żeby świat zatrzymał się dla niej.
Chce tylko wiedzieć, że kiedy powie:
„Proszę mi pomóc”
— ktoś przyjdzie.
Bo każdego z nas może kiedyś spotkać taka noc.
Każdy z nas może kiedyś mieć 87 lat.
Każdy może znaleźć się w łóżku, z którego nie będzie potrafił sam wstać.
I każdy będzie wtedy chciał tylko jednego:
żeby po drugiej stronie naszego wołania był jeszcze człowiek.







